wtorek, 15 grudnia 2020

Jak jedna noc w Dhace kosztowała mnie miliony?!

Jak jedna noc w Dhace kosztowała mnie miliony?!

Kulisy Związku Mieszanego (polsko‐bengalski mix)

Seria Czwarta - Część 5


W tej serii znajdziesz:

1. Nie jestem rasistą/ką ale...

2. Eid, czyli jak zakończyć Ramadan po bengalsku. 

3. O dzieciach, które nie mogą się uśmiechać. 

4. Dlaczego tak bardzo skrzywdziłaś swoje dzieci nadając im tak dziwaczne imiona?

5. Jak jedna noc w Dhace kosztowała mnie miliony?!


Jak jedna noc w Dhace kosztowała mnie miliony?!

Zainspirowana ostatnią rozmową z Maćkiem (z Diligent Linguist)* podczas wywiadu, w którym to pojawiło się dużo tematów związanych z Bangladeszem, postanowiłam dokończyć w końcu tą część kulis. Tym bardziej, że cała ta historia rozgrywała się pomiędzy świętami a nowym rokiem. 

*Jeśli ktoś jeszcze nie widział, albo chciał zobaczyć powtórkę tego wywiadu to zapraszam serdecznie tutaj- Wywiady z Lily odc.2 -Link

Było to jakoś na początku stycznia, kiedy z naszej podróży po Bangladeszu mieliśmy wracać już do domu w Anglii. Z Chittagong, miasta, w którym przebywaliśmy wybraliśmy się autem do stolicy Bangladeszu - Dhaki. Jasne jest, że oczywiście do jakiejś tam rodziny powiedzmy kuzyna, ponieważ ja czasem już się nie orientuję kto jest kim. Tak wielką rodzinę ma mój mąż. Podróż była bardzo długa i bez przygód się nie obyło.  Nie mówię tu tylko o tym, że dzieci lekko mówiąc zmuĺiło. Najpierw jeden, później drugi, no cóż tym razem byłam już na to lepiej przygotowana, ale wciąż nie są to zbyt fajne wydarzenia. Do tego w trakcie podróży nagle był  większy niż wcześniej napływ smogu. Okropny wręcz smog po drodze nas dopadł, ale cóż zdarza się  to wcale nie najgorsza rzecz jaka nas w drodze spotkała.

Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy, aż zapadł zmrok. Zrobiło się ciemno, ale na niebie było można dostrzec piękny księżyc w całej swej okazałości i różnych barwach. Cudowne widowisko, gdyż takiego wielkiego księżyca nie na niebie nie miałam jeszcze okazji widzieć gołym okiem i z tak bliska. Niestety w ciemnościach mieliśmy wypadek. Niesamowite to było!  Mam na myśli to, że nam się nic nie stało oprócz tego, że nieco nami potrzęsło, ale prawie przejechaliśmy człowieka, który jechał rikszą wraz z sporą ilością  jakiś tam pakunków. Jednak on jakoś sprytnie nas z ledwością wyminął tylko spadł z rikszy, a wszystkie przedmioty z niej się rozsypały.  Prawdziwy dramat, całe szczęście, że ostatecznie nikomu nic się nie stało. 

Gdyby tego było mało to gdy już dojechaliśmy do Dhaki sporo błądziliśmy.  Był to czas jakoś przed wyborami gdzie pozmieniane były z tego względu trasy, a niektóre drogi zablokowane.  Odbywały się jakieś tam remonty dróg, mostu i kto tam wie czego jeszcze. Krążyliśmy, więc przez jakiś czas w tą i z powrotem, ale co tam wszyscy mieli czas jak to w Bangladeszu. Udało się nam dotrzeć jednak na miejsce i odetchnąć chwilkę u tej naszej rodziny. Tak właściwie to najedliśmy się wszyscy i męskie grono rodziny wraz z mężem poleciało odwiedzać innych członków rodzin i znajomych w najbliższej okolicy, a my cóż pobawiliśmy się trochę z dziećmi. Był tam mniejszy nieco dzidziuś, więc z nim też było zabawnie. Taka odmiana, a ja się zakochałam już nawet rozważałam, że fajnie by znowu mieć takiego bobasa, ale szybko sobie przypomniałam o moich rozrabiakach. W końcu my z dziećmi położyliśmy się spać byłam wykończona po podróży i ogólnie, więc się trochę zdrzemnęłam. Tymczasem mąż wraz z innymi dalej latał w tą i z powrotem. W końcu ja i dzieci się obudziliśmy i zabawy oraz jedzenia ciąg dalszy, a reszta powróciła i wyruszyliśmy w pośpiechu na lotnisko.

Jak łatwo się domyślić znowu krążyliśmy wkoło po Dhace, ale teraz tak już konkretnie, że nawet ja potrafiłam rozpoznać to miejsce, w które wciąż wracamy.  Wszędzie jakieś blokady, bo zbliżają się wybory. Zresztą cała Dhaka obwieszona była jak choinka tymi plakatami wyborczymi. Krążyliśmy tak sobie, a godziny mijały, aż po paru zapytaniach o drogę, konkretnie dojazd do lotniska, gdzie rzecz jasna każdy podawał jakąś inną drogę nie wiedzieć czemu lub tą zablokowaną.  Przypomniało mi się, że konkretnie to właśnie ta droga na lotnisko była zablokowaną, którą normalnie bez problemów większych można na te lotnisko dojechać.  Po kilkudziesięciu krążeniach, miliardach zapytań o drogę i już niezłej nerwówce oraz zniecierpliwieniu w końcu udało się nam odnaleźć jakąś tajemną drogę, która prowadziła do naszego głównego celu. Udało się dotarliśmy na lotnisko!

Szybko dzieci, bagaże, walizki, pożegnania, odprawa, pogoń, pośpiech jesteśmy nieco spóźnieni już jest to dostrzegalne, ale jeszcze się łudzimy i spieszymy. Żegnamy machamy swoimi w kolejce numer jeden, gdzie się prześwietla bagaże coś tam szybko  bierzemy je z powrotem, a i dzieci, no dzieci też oczywiście. Później to już tylko pamiętam ten pośpiech tu i  tam  biegniemy z dziećmi, walizkami, bagażami, biletami, dokumentami jak najszybciej by zdążyć na nasz lot do odprawy.  Dobiegamy z ledwością do punkty odprawy, która jest nasza, ale to nie tu to tamta, dobra biegniemy tam. Nikogo już nie ma. Czas odprawy się skończył i nas nie wpuszczą. Pięknie, ale mąż z bratem próbują dalej, straż nie wpuszcza ale posyła tam i siam i mąż najpierw sam,  a później z bratem biega jak szalony w tą i z powrotem by załatwić wpuszczenie nas na lot. Czekam, więc z dziećmi na lotnisku spóźniona, ale co tam jak mąż biega mówi że nie ale coś tam jeszcze próbuje dalej załatwić tym razem biegając już razem  z bratem. Jestem taka wściekła, zła, wkurzona, bo pytałam się jak wrócili czy już wychodzimy itd, ale nie, oni wszyscy mieli czas. Cała zmęczona i długą podróżą, zmienia  miejsca, w hałasie, tym pośpiechu i wszystkim już. Wyobraźcie się stoję taka wkurwiona pilnując tych bagaży i dzieci, które wcale nie są w lepszych nastrojach niż mój.  A męża i jego brata już ani widu, ani słychu gdzieś tam dalej biegają, ale już nie są nigdzie w zasięgu naszego wzroku. Mija coraz więcej czasu mąż nie wraca, dzieci szaleją, ludzie zbierają się powoli na inne loty . Czekamy, czekamy, czekam i czekam aż tu nagle podchodzi do mnie jakiś obcy facet chyba Bengalczyk już nawet nie wiem i coś tam gada skąd jestem, dokąd lecę itd. to grzecznie mu odpowiadam. On ma szczęście leci gdzie indziej i ma jeszcze czas do swego odlotu. Jak dzieci maja na imię, mąż z Bangladeszu tak super, on chyba z Sylhetu, ale pewna nie jestem.  Mówię że spóźnieni jesteśmy mąż próbuję coś tam załatwić i super, nie mam pojęcia czy ten człowiek rozumie powagę sytuacji, ale sądząc po jego prośbie to raczej nie.

Nagle wypala czy może sobie zrobić ze mną selfie. Godzę się, wszystko już mi jedno i tak jestem wykończona, i na skraju załamania nerwowego, a mąż dalej nie wraca. Gościu cyka te selfie, cóż ciężkie życie celebrytki. Dziękuje i odchodzi.  Jestem trochę zdziwiona, a z drugiej strony nie, bo wyglądał na dosyć młodego chłopaka. Pomimo tego takich jaj to ja jeszcze nie miałam, a ja nawet nie pamiętam jak on miał na imię, ale co tam czekam dalej z dziećmi. Mąż w końcu wraca, ale ze złą wiadomością, że nie da rady nic zrobić, wracamy z powrotem do tej rodziny i zostajemy na noc lub dwie. Teraz już wszyscy są na maksa poirytowani i zmęczeni. Wpadamy z powrotem i padamy jak muchy.  W sensie ja padam i bardzo długo śpię, dzieci też, chociaż ja już się nawet tym nie przejmuje tak bardzo  jestem zmęczona. Takie są właśnie plusy życia w Bangladeszu, ktoś z rodziny zawsze się zajmie twoimi dziećmi i są względnie bezpieczne.  Mąż z resztą znowu lata, tym razem próbują załatwić nam inny lot powrotny co łatwe nie jest. Ceny są jak z kosmosu, ale jakoś trzeba załatwić.  W końcu załatwiają lot powrotny z przesiadką, bo bezpośredni byłby szybciej, ale za drogi. Ten z przesiadką na ostatnią chwilę wcale nie lepszy, bo też za miliony monet. A my milionerami nie jesteśmy, dobra przesadziłam z tymi milionami, ale naprawdę bardzo drogo za tą kwotę polecielibyśmy z trzy razy w dwie strony. 

Na nasz następny lot ‐ ten za miliony, oczywiście uszykowaliśmy się i wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej. Tym razem ku naszej uldze zdążyliśmy na czas i odlecieliśmy w drogę powrotną do domu. W ten właśnie sposób spędzenie zaledwie jednej dodatkowej nocy w stolicy Bangladeszu-Dhace kosztowała mnie miliony i mnóstwo nerwów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tutaj zostaw swoja opinie: